Michael Bay od dawna przykuwał moją uwagę i pomyślałem, że wreszcie skumuluję myśli i przeleję je na „papier”. Uważam, że robi najlepsze hamburgery w Hollywood, czyli filmy perfekcyjnie zmcdonaldyzowane, absolutnie bezwartościowe, i które przy tym oczywiście świetnie smakują. Mimo, iż znaczna część amerykańskich produkcji reprezentuje żenująco niski poziom merytoryczny, przy jednocześnie imponującym (w porównaniu do europejskiego) poziomie formalnym, to styl Baya zasługuje, moim zdaniem, na wyjątkową uwagę. Mimo iż zapewne jest to „styl”, to poprzez fakt mcdonaldyzacji kusi mnie użycie określenia „matryca”. Czuję, że te filmy płyną do nas raczej z taśmy produkcyjnej, niż producenckiej.
Scenariusze obfitują w absurdy logiczne, które kupujemy, i których chcemy więcej. To właśnie w nich tkwi geniusz idiotyzmu. Bay używa sztuczek, które działają na naszą psychikę i zastanawiam się, kto i jak to wymyślił. Pierwszą jest „odwrócenie piramidy”, drugą „slow motion” (patos), a trzecią „kontrast”. Wszystkie trzy przeplatają się między sobą tworząc pozory normalności spajającej akcję (pomijam już podstawy scenopisarskiego „od zera do bohatera”, czyli kultu jednostki ratującej świat). Bay naprzemiennie stosuje hiperbolę i bagatelizację (wręcz mentalną degradację) w otoczeniu kontrastu logicznego i emocjonalnego (który zeń wynika). Widzimy to chociażby w „Twierdzy”, „Armageddonie” czy ostatnich „Transformersach”. Przykład: tło – planeta Ziemia, amerykańska flaga, potęga gospodarcza i militarna, profesjonaliści, służby rządowe w aurze siły i tajemnicy; bohaterowie – amatorzy, zwykli ludzie, zabawni, niezdarni (często na siłę), mięśniacy w baseniku, komandos z córeczką, szereg pilotów w zwolnionym tempie kroczy po pasie startowym; akcja – kryzys, specjaliści tracą kontrolę nad sytuacją okazując się niekompetentni, amatorzy ratują sytuację okazując się lepsi i mądrzejsi niż specjaliści, nastolatka ma większą wiedzę niż doświadczony dowódca. Co widzimy? Najważniejszym filarem jest odwrócenie piramidy, czyli mądry staje się głupim, a głupi mądrym. W komunizmie to nie wyszło, ale u Baya sprawdza się doskonale. Klasyczne pranie mózgu, czyli mieszanka niespójnych komunikatów łagodzonych poprzez sytuacje humorystyczne, bądź wartką akcję. Pozwala to utrzymać widza w ciągłym, jednak biologicznie tolerowanym napięciu. Podobne działania są również drogą na skróty w prezentacji „złożoności” postaci. U Baya są to komandosi w baseniku dla dziecka, lub standardowa już czułość u twardziela (tatuaż z mamą, zwierzaki z krakersów, tęsknota za dzidziusiem, płyty Beatlesów, lęk przez strzykawką). U Tonyego Scott’a jest to mikser, hawajskie koszule i blade łydki („Wróg Publiczny”), u Rolanda Emmericha to pierścionek z delfinami i recykling puszek („Dzień Niepodległości”). Kontrast, kontrast i jeszcze raz kontrast. Wróćmy jednak do Baya i jego filmów. Tłem tutaj jest patos, na który składają się zdjęcia prezentacji postaci w zwolnionym tempie (dzięki bogu z każdym filmem coraz krótsze), ujęcia pod odpowiednim kontem i z perspektywy dziecka (świat bardziej magiczny, groźny i pełen akcji), podniosła muzyka z elementami marszu na wzór militarnej siły i związanych z tym skojarzeń. Praca kamery jest niezwykle istotna, gdyż zabiera widza w centrum wydarzeń – w stylu rollercoastera. Nawet w arcyżałosnej profanacji „Pearl Harbor” to, co pamiętamy najlepiej to ujęcie zrzucanej bomby. Jedząc popcorn nie zastanawiamy się, że tak na prawdę w elemencie bombardowania nie ma krzty rozrywki! Coś takiego przejdzie w przypadku walczących robotów, ale nie wydarzeń historycznych (przynajmniej nie powinno).
Przy nadchodzących „Transformers 2” warto zwrócić uwagę, w którym momencie główny bohater zrobi coś uroczego, by następnie wskoczyć w wir akcji. Kiedy okaże się, że agent FBI zostanie zastąpiony przez nastolatka, i w którym momencie zerwana zostanie amerykańska flaga na tle niekończącej się, prężnej metropolii. Jednak nie oszukujmy się – gdy ktoś szykuje się na kino moralnego niepokoju nie wybiera zestawu McBaya z pepsi i popcornem.

Wow! Uwielbiam te Twoje “hamburgerowe metafory”. Dobra robota. Nieźle się uśmiałam czytając.
Oczywiście masz racje mówiąc, że wszystkie te filmy są robione na jedno kopyto, ale, no cóż… i tak je kochamy.
zeby byly madre filmy, musza tez byc glupie… od ciebie zalezy na ktore wylozysz kase…