Zgodnie z zapowiedzią powracam do tematu najnowszej części Terminatora, którą miałem przyjemność wczoraj obejrzeć. Tak – mimo kilku większych uwag – przyjemność. Kibicowałem projektowi od początku, gdy udostępniony był jedynie blog twórców. Doceniam ich zaangażowanie, innowacyjność i poważne podejście do tematu. Film jest dobry. Ale…
Główny „problem” polega na tym, że James Cameron nakręciwszy drugą część Terminatora, podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Zbyt wysoko dla niedoświadczonych, acz ambitnych twórców. Kontynuowanie arcydzieł jest kuszące z czysto marketingowego punktu widzenia, jednak pod względem artystycznym jest wyjątkowo ryzykowne. Oczywiście zdarza się nakręcenie części trzymającej, bądź przewyższającej poziom oryginału. Udowodnił to chociażby sam Cameron prezentując „Aliens”, jednak do osiągnięcia takiego sukcesu potrzeba czegoś więcej niż chęci. Tego właśnie zabrakło McG.
Zacznijmy jednak od pozytywów. Wokół filmu zgromadziły się tak zacne osobowości jak Helena Bonham Carter, Mario Kassar (którego osobiście bardzo cenię za charakter producencki) i Danny Elfman. To sugeruje dobry start. Podejście do tematyki filmu jest poważne, a jej przedstawienie momentami nowatorskie. Wizję postapokaliptycznego świata uważam za udaną, przemyślaną i często bardzo efektowną. Wartka akcja towarzyszy nam już od samego początku, gdzie w środek piekła bitwy wrzuca nas dziennikarski tryb kamery (nie tak perfekcyjny, dość oklepany, lecz adekwatny i robiący wrażenie). Bardzo podobało mi się ujęcie Connora pilotującego helikopter, mimo, że kłóci się to z ujęciami z „Terminatora 2”, gdzie opanowany styl Greenberga (własc. Grinberga) nadawał obrazowi perfekcji i chłodu maszyny. Uznałem, że dynamizm również ma szanse powodzenia – zwłaszcza w tak dramatycznym momencie historii. Akcja, akcja, akcja – w końcu to wojna o przetrwanie!
Niestety w miarę oglądania coraz wyraźniej odczuwałem bolesną i wszechobecną powierzchowność, jakby w tym pędzie nie było czasu na zagłębienie się w treść. Mimo wszelkich pozytywów uważam, że McG nie zdołał utrzymać w ryzach tak ważnego przedsięwzięcia. Miał chęci, lecz zabrakło kunsztu. Historia jest przedstawiona wyjątkowo pobieżnie, wątki nie przechodzą gładko w spójną całość i nie zgłębiono ich dostatecznie. Czułem się jakbym oglądał film w przyśpieszeniu. Zaczyna się nowa scena, koniec, nie do końca wiem o co chodzi, ale idziemy dalej. Walczą, uciekają, szybko im poszło, przechodzimy do innego wątku itd. Film jest pełen ujęć ciekawych, lecz nie w pełni wykorzystanych. Nic nie wiem o Marcucie Wrighcie. Kim jest Dr. Serena Kogan? W jakim celu maszyny więżą ludzi? I kim do licha jest ten Kyle Reese (ah racja – trzeba powrócić do fabuły pierwszej części)? Przecież są to podstawowe motywy filmu, który praktycznie nic o nich nie mówi. Przeskakujemy z akcji do akcji bez wiarygodnego objaśnienia. Sam widok zgliszczy przestaje w pewnym momencie wystarczać. Przesłanie, jak i postacie tracą na wiarygodności. Zdawać się może, że Christian Bale walczy częściej z McG, niż maszynami, bo jego wczucie się w Connora momentami może aż zakrawać o groteskę. Marc Worthington aż tryska ekspresją, lecz cóż z tego, skoro nie wiemy, co jego postać w ogóle w filmie robi. Większość charakterów granych jest przez kiepskich aktorów [czyt. Common...], a potrzeba nie lada talentu reżysera, by takowych ukazać dobrze. Dobór drugo- i trzecioplanowych aż razi. Gdzie się podział klimat wspierany przez muzykę? Elfman ma w dorobku cztery nominacje do Oskara, a mimo to, tego Terminatora nie ocalił. Zbliżając się do końca napięcie rosło, jednak nie tyle poprzez akcję, co raczej okrojenie logiki scenariusza (siła apelu Connora), ilości statystów i elementów scenografii. Na szczęście w końcówce wykorzystano świetny motyw plasujący się w historię drugiej części, co mnie szczerze zaskoczyło, i za co jestem twórcom niezwykle wdzięczny (dot. Connora – uważni zrozumieją).
Mimo niewykorzystania swojego potencjału „Terminator Salvation” jest pełen ciekawych i efektownych elementów. Na przemian oferowana jest nam mieszanka zachwytu i niedosytu, wzbogacona wartką akcją. Widok postapokaliptycznego świata uderza równie silnie, co bezwzględność maszyn i furia ruchu oporu. McG dał z siebie wiele i sprawił, że z czystym sumieniem mogę polecić obejrzenie jego filmu. Póki co, jest to najlepszy Terminator od czasów Dwójki. Czy powstanie lepszy? Tego dowiemy się w 2011 roku, gdy do kin wejdzie „Terminator 5”.

http://www.imdb.com/title/tt0429493/fullcredits#cast
Oh! Common! :|