Archive for March, 2010
Published Piotr Cortes March 2nd, 2010
Informacje o filmie
Sherlock Holmes
- Rok: 2009.
- Czas: 128 min.
- Grają: Robert Downey Jr., Jude Law, Rachel McAdams i Mark Strong.
- Reżyseruje: Guy Ritchie.

„Sherlock Holmes” Guy’a Ritchiego to opowieść o najsłynniejszym detektywie na miarę naszych czasów. Nowoczesny kryminał natargetowany jest na PG-13 i widzowie w tym wieku najbardziej polubią Roberta Downey’a Jr., którego kryminalna przeszłość dopełnia nowe oblicze Holmesa. Inteligentny, bezkompromisowy i zbzikowany. Idealny do oglądania w zimowy sobotni wieczór z kumplami przy piwku.
Film nie jest jednak ekranizacją opowiadań Arthura Conan Doyle’a, lecz pomysłu na komiks, jaki zrodził się w głowach dwóch rysowników. To już drugie tego typu przedsięwzięcie po „300” Franka Millera. Dzieło jest bezapelacyjnie najbardziej kasowym przedsięwzięciem Ritchiego. Osiągając zawrotną sumę 295 milionów dolarów (stan na 18 stycznia br.) skutecznie zamyka usta wszelkim malkontentom narzekającym na zbezczeszczenie jedynie słusznego wizerunku Holmesa. Podobnie zresztą było w przypadku historyków i bitwy pod Termopilami. Ludzie łakną rozrywki, a nie prawdy.
Lifting jaki przechodzi angielska kultura to już chleb powszedni. Klasyka idzie do lamusa, chyba że podda się kulturze masowej. Teraz Bond nie mówi już „Wstrząśnięta, nie mieszana” tylko „Gówno mnie to obchodzi”, bo i szaremu zjadaczowi chleba to zwisa i powiewa. Podobnie było w przypadku opowieści o tworzeniu „Romeo i Julii”. To już nie te czasy kiedy William pochylał się nad swoim dramatem niczym Beethoven w „Wiecznej miłości”. Teraz akt twórczy przebiegać musi w duchu komedii romantycznej, jak w „Zakochanym Szekspirze”. A prawda historyczna jest tylko dla odważnych twórców z utrwaloną reputacją, takich jak Gibson ze swoją „Pasją”.
Najnowsza produkcja Guya Ritchiego wzbudza wiele emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Mamy do czynienia z całkiem nową, upragedowaną i przekoloryzowaną wersją słynnego detektywa. Tytułowy bohater (w tej roli niepodważalnie doskonały Robert Downey Jr.) walczy jak prawdziwy bokser i zbudowany jest nawet jak Rocky B., co wyraźnie kłóci się z jego stylem życia (nie je, nie śpi, nie wychodzi z domu a jedynym jego „sportem” jest gra na smyczkowym instrumencie). Wykreowany na super-bohatera, wykazuje (na szczęście) niektóre cechy z pierwowzoru Conana Doyle’a: błyskotliwy, inteligentny, nieco ekscentryczny i uzależniony wręcz od rozwiązywania zagadek. Razem ze swoim, równie i podejrzanie wysportowanym jak na lekarza, przyjacielem Watsonem (Jude Law), mierzą się z Lordem Blackwoodem (Mark Strong), który postanowił powstać z grobu i popróbować okultyzmu.
Historia porywająca i wciągająca, mocno nasycona dobrymi efektami specjalnymi i wspaniałą muzyką. W tle zamglony Londyn, jakiego nie znacie. Ritchie daje to, czego dzisiaj się od kina oczekuje – akcja, akcja i jeszcze raz akcja. „Sherlock…” trzyma w napięciu, dostarcza rozrywki, momentami rozśmiesza w typowo brytyjskim stylu.
Podsumowując – jest to bardzo luźna interpretacja pierwowzoru Conan Doyle’a, ale jak na kino hollywoodzkie – jest to dobry film. Nieprzewidywalny, niestandardowy. Warty obejrzenia na pewno dla scenografii oraz świetnych kreacji aktorów. Otwarte zakończenie, zamiast kiczowatego happy endu. Miłośnicy książki jednak powinni zachować spory dystans do tej produkcji. Ritchie daje nam trochę Bonda, trochę Indiany Jonesa, i tylko trochę Holmesa.
Published Piotr Cortes March 2nd, 2010
Informacje o filmie
Parnassus
(“The Imaginarium of Doctor Parnassus”)
- Rok: 2009.
- Czas: 122 min.
- Grają: Christopher Plummer, Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell i Tom Waits.
- Reżyseruje: Terry Gilliam.

Kiedy na ekrany polskich kin wchodziła „Mgła” Franka Darabonta plakaty krzyczały z billboardów, że widzowie mieć będą do czynienia z nowym „Dniem Niepodległości” albo co najmniej „Wojną światów”. Jaki był zawód wielu, kiedy okazało się, ze dostali po prostu ekranizację kolejnej powieści Stephena Kinga, którego styl w niczym nie przypomina blockbusterów spod dłuta Emmericha i Spielberga. Podobnie rzecz się ma z „Parnassusem”, którego zwiastuny przygotowują nas na magiczny korowód z Lwem i Szalonym Kapelusznikiem w pierwszym szeregu. Nic bardziej mylnego. Nowy film Gilliama to powrót do lat 80., kiedy kwitła jego współpraca z Charlesem McKeowenem przy takich produkcjach jak „Brazil” czy „Przygody barona Munchausena”.
Chociaż trudno nie zauważyć, że „Parnassus” aż kipi od efektów specjalnych, a za reżyserem ustawia się sznurek gwiazd to jednak w zamierzeniu nie miał to być film komercyjny czy blockbuster. Pierwszą ku temu przesłanką jest zatrudnienie niszowego piosenkarza Toma Waitsa do roli diabła, a nie aktora formatu De Niro z „Harry Angela” czy Pacino z „Adwokata diabła”. Drugą to Ledger, którego śmierć nieelegancko wykorzystano w promocji filmu. Aktor został zatrudniony jeszcze przed pamiętnym występem w „Mrocznym rycerzu”, kiedy był na świeżo po debiucie u Gilliama w „Nieustraszonych braciach Grimm”.
A jednak film reklamowany jest jak blockbuster i sam zwiastun kreuje przed nami wizję baśni? Dlaczego? Odpowiedź znajduje się w „Zagubionym w La Manchy” – dokumencie o przysłowiowej pięcie Achillesa Gilliama – „Człowiek, który zabił Don Kichota”. Film, którego realizacja zajmuje już bez mała 10 lat. Po klapie „Krainy traw” i nigdy nieukończonym „… Don Kichocie”, zarówno „Parnassus” jak i „…bracia…” mają podreperować i tak już nadwątlony budżet reżysera i odbudować jego dobre imię w światku filmowym. Renoma w Hollywood i Cannes jest na wagę złota. Nie tak jak w Polsce, gdzie po realizacji dennego filmu można było położyć dwa kolejne, bo może reżyser miał wcześniej złą passę. Na Zachodzie po zrobieniu gówna rzadkiej wody musisz się zacząć zastanowić, jakie to są „Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym”.
Niewielu ludzi potrafi w dzisiejszych czasach opowiadać historie, które, łącząc niemożliwe z codziennością, tworzą coś, co pozwala nam wyrwać się choć na chwilę z otaczającego nas świata i zostawić w tyle troski. Wielu robi to tworząc produkty kolorowe i zachwycające, czasami nawet zawierające jakąś mądrość, ale niewielu potrafi wysnuć prawdziwe fantazje, które możemy przeżyć tylko w naszych snach.
Terry Gilliam jest właśnie taką osobą, która w swoich surrealistycznych, często groteskowych i przeważnie nieskomplikowanych historiach przenosi nas w świat wyobraźni. Nie zawsze siląc się na aplauz publiczności robi rzeczy szczere, które niekoniecznie muszą okazywać się hitami kasowymi. Początki twórczości Gilliama związane są oczywiście z absurdalnym dowcipem Monty Pythona, który nie ma w sobie praktycznie nic mrocznego, ale po latach Gilliam zaczął tworzyć rzeczy, które radością w pełni nie kipiały. “Brazil“, “12 małp” czy w końcu ostatni tytuł, “Kraina traw“, pokazują Gilliama jako osobę, która opowiada mroczniejsze historie.
“Parnassus” wydaje się być próbą Gilliama do stworzenia klimatu klasycznej baśni o walce dobra ze złem w iście gaimanowskim stylu – Londyn, diabeł i trupa teatralna dobijająca z nim targu. Próba ta jest zrealizowana w o wiele głębszym tonie niż komediowi “…Bracia Grimm“, przez co film wydaje się mieć więcej treści, ale koniec końców jest to prosta i lekka historia, opowiedziana nadzwyczaj barwnym i zadziwiającym materiałem.
Filmy Gilliama nie są dla wszystkich Z pewnością miłośnicy poprzednich jego realizacji nie poczują się zawiedzeni i być może poczują podobny zachwyt jak przy oglądaniu “Brazil“. Z kolei ci, którzy Gilliama nie są pewni, mogą nie do końca być przygotowani na ten niejednoznaczny obraz, który z pozoru operuje banalnymi treściami, ale ma w sobie sporo poezji bez próby infantylizacji przed konsumentami nieskomplikowanego amerykańskiego kina.
“Parnassus” to film, po którym można – jak to często bywa u Terry’ego Gilliama – dostać zupełnego zawrotu głowy i wylądować na podłodze, bełkocząc: “Munchausen, Muchanusen“… Jednak od przygód wiecznie odmładzającego się barona minęło już ponad dwadzieścia lat i – niestety – technika filmowa poszła daleko naprzód. Niestety, bo budżet efektów komputerowych w osobistym kinie autora Brazil, które tak nie pasuje do linii Hollywood i ogólnego nadęcia superprodukcji, odciska się na projekcie niedofinansowaniem i niedopracowaniem. Pewnie do pewnego stopnia celowym – film opowiada o teatrze i ma pozwalać, by wyobraźnia widza miała jeszcze coś do zapełnienia. Na początku można uznać, że autor pcha nas w szpony swych niewykorzystanych pomysłów, które – po wszystkich porażkach i zawieszonych realizacjach – muszą już powodować nietęgą migrenę. Na szczęście, to tylko pozory. Reżyser dobiega siedemdziesiątki i po płytkich “Nieustraszonych braciach Grimm“, zebrał się na głębszą refleksję. “Parnassus” to dla niego trzecia podróż wraz z Charlesem McKeownem, w której cofają się do początków kina – czasów, gdy Georges Méliès bez skrępowania proponował swojej widowni szalone feerie. Filmowym obłędem, niezważaniem na pozory realizmu (cóż bardziej nieprzystającego do Gilliama, niż – jak zawsze – kalekie imitowanie rzeczywistości?), reżyser wygrywa ze swymi ostatnimi filmami, w których nie miał okazji, by go naprawdę poniosło w siną dal srebrnego ekranu. Z drugiej strony, ilość atrakcji nie przeszła dla mnie w jakość. W czasie seansu może ogarnąć śmiertelne znużenie. By dobrze “Parnassusa” odebrać, potrzeba zapewne spojrzenia dziecka i otwartości, których sporej części widowni, w tym mnie, już dawno brakuje. Czy opowieść o błędnym rycerzu walczącym z wiatrakami (której premiera powoli nadchodzi) będzie starciem z widzem, po którym Gilliam – nasz współczesny Méliès – odkryje, jak bardzo jest samotny w swych poszukiwania i wyrzuci swe zabawki z płaczem do kanału?
taking viagra woman
Viagra Buy cheap gerneric viagra