Harold
- Rok: 2008.
- Czas: 105 min.
- Grają: Spencer Breslin, Cuba Gooding Jr., Ally Sheedy.
- Reżyseruje: T. Sean Shannon.



Rysunki Starożytnego Egiptu przedstawiają tysiące ludzików, gdzie jeden wygląda identycznie jak drugi. Różnica między nimi objawia się w detalach, jak strój czy nakrycie głowy. Jeden z faraonów bardzo chciał wyrwać ówczesną sztukę ze szponów schematyczności. Starał się wywrzeć na rysownikach bardziej naturalistyczne podejście. W końcu mu się to udało i jego portret przedstawiał człowieka niedoskonałego i ułomnego. Ale rysownicy nie potrafili tworzyć bez schematu i następne postacie przyjęły formę zapoczątkowaną przez faraona. Tym samym sztuka wpadła z jednego schematu w drugi.
Podobnie rzecz się ma we współczesnym kinie gatunków, szczególnie w filmach o szkole. Wystarczy porównać choćby dwa z nich, żeby wyłapać cały zestaw stereotypów i schematów. „Harold” jest opowieścią o trzynastoletnim chłopcu, który przedwcześnie łysieje. Oczywiście jest z tego powodu szykanowany zarówno przez starszych jak i młodszych. Ale otoczenie w jakim się obraca ma wszystkie cechy, tak charakterystyczne dla tego gatunku. Brutal nękający bohatera, pusta dziewczyna-marzeń, obowiązkowy zestaw frajerów i nabuzowane chłopaczki próbujące zaliczyć.
Na tym tle bardzo wyróżnia się postać „Harolda”. Jego przygody to pasmo mniej lub bardziej zabawnych nieszczęść. Oczywiście bohater-nieudacznik nie jest niczym nowym, ale zyskał on dodatkowy rys psychologiczny. Po sukcesie filmu „Napoleon Wybuchowiec” w zbiorowej świadomości zaczął funkcjonować stereotyp nieszczęśliwego nastolatka, który sam siebie z góry spisuje na straty. To bardzo ważny aspekt, ponieważ we wcześniejszych filmach typu „Zemsta frajerów” to otoczenie wywiera destrukcyjny wpływ na bohatera.
W jednej ze scen „Harolda” padają kluczowe słowa: „Jeśli zdecydujesz się przyjść jutro i wystrzelać całą szkołę. Pamiętaj o jednym. Ja byłem dla ciebie miły”. Po tragedii w Columbine, o której opowiada film „Zabawy z bronią” Michaela Moora, Amerykanie zdali sobie sprawę, że zwykły, szary nastolatek może wejść do klasy i opróżnić cały magazynek. Próby odpowiedzenia sobie na pytanie, dlaczego tak się dzieje nie zostały jeszcze zakończone sukcesem. Ale w kinie zaczął już funkcjonować nowy typ bohatera, którego losy mogłyby potoczyć się inaczej, gdyby nie była to komedia z happy endem.
W „Napoleonie…” po raz pierwszy pojawiła się taka postać, a reszta scenarzystów tępo skopiowała ją do katalogu Fabryki Marzeń. „Harold” jest więc przerysowaną kalką. Nawet wyścig go-kartów, o którym wciąż mówią bohaterowie, spełnia te same funkcje co konkurs talentów w „Napoleonie…”. Minęły tysiące lat, a my wciąż tkwimy w objęciach schematu i nie jesteśmy w stanie się od niego uwolnić, inaczej jak wpadając w nowy.

Historia Harolda jest niczym brodzenie stopami po bardzo płytkiej wodzie – wyczuwamy wszystkie nierówności podłoża, zauważamy braki a momentami na siłę doszukujemy się sensu tego, co oglądamy. Ktoś, kto cierpi od piątego roku życia z powodu inności swojego wyglądu, walczy z nowym otoczeniem niepotrafiącym zaakceptować go takiego jakim jest – nie powinien chyba szukać ratunku w fałszywych gestach innych osób. Mamy tu do czynienia z kimś, kto na wiele się godzi. Ciężko jest usiedzieć na miejscu, kiedy film niewiele wnosi, jedyne co można uczynić to wytrwać a potem zapomnieć. Pyk i po wszystkim.


Kobieta fatalna i mężczyzna fatalny. Oboje równie silni, choć celowo – różnego wzrostu. Styl gry aktorskiej nurtu filmu noir śmiem określić stylem amerykańskim z prawdziwego zdarzenia. Macdonaldyzacja rodziła się już w kinie i ciągnie się przez „Przeminęło z Wiatrem”, „Casablankę”, nawet „Karmazynowego Pirata”, gdzie specyficzne operowanie stereotypami wydawałoby się bezpiecznie dystansować od groteski. Gra jest standardowa praktycznie u wszystkich aktorów – grają na jedną mantrę, która odpowiada założeniom Diderota (choć np. 

