“Dobry Niemiec”
“The Good German”
- Rok: 2006
- Czas: 105 min.
- Grają: George Clooney, Cate Blanchett, Tobey Maguire, Beau Bridges.
- Reżyseruje: Steven Soderbergh.



Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy „Dobry Niemiec” jest dobrym filmem. Na pewno jest porządnie zrealizowanym i na uwagę zasługuję strona techniczna, co do treści jednak bym polemizował. Kolejny film Stevena Soderbergha całkowicie zrywa, dzięki Bogu, z przepychem obecnym w przygodach Danny’ego Oceana. Scenariusz bazuje na trzeciej książce Josepha Kanona pod tym samym tytułem. Twórczość Kanona, podobnie jak naszego rodzimego Marka Krajewskiego, opera się w głównej mierze na lawirowaniu wokół drugiej wojny światowej. Stąd też kolejne powieści tego autora dzieją się w latach 40. i 50.Soderbergh poszedł tropem twórców „Zewu Cthulhu”, którzy wpadli na pomysł, żeby forma realizacji odpowiadała czasom, w jakich dzieje się akcja. „Zew Cthulhu” opowiada historię rozgrywającą się w latach 20. Stąd też czarno-białe zdjęcia, całkowity brak ścieżki dźwiękowej oraz mocno przejaskrawiona gra aktorska. W rezultacie ów film został okrzyknięty najlepszą ekranizacją Lovecrafta wszechczasów.
Idąc tym tropem historia opowiedziana w „Dobrym Niemcu” musiała – zgodnie z wolą reżysera – bazować na sprzęcie i technice, jaka obowiązywała w latach 40. zeszłego stulecia. Dostaliśmy więc film czarno-biały z oszczędnym światłem, gdzie aktorzy mówią głośno i wyraźnie, bo mikrofony nie są wpięte w ubranie, ale wiszą nad ich głowami.
Seans to konsumpcja jednego, wielkiego, odgrzanego kotleta. Historia mocno poplątana ze stereotypowymi bohaterami ustawionymi w szablonowych sytuacjach. Słowem, wierna kopia filmów z tamtego okresu. Można więc stwierdzić, że zamysł twórców się udał, chociaż według mnie efekt byłby o niebo lepszy, gdyby pójść nie w stronę „Zewu Cthulhu”, ale w stronę „Sky Kapitan i świat jutra”.


Czekałem na ten film, zafascynowany niezwykle intrygującym zwiastunem, już dobre pół roku. Któżby nie chciał posmakować w dzisiejszym, pozbawionym wyrazistych barw, świecie wystylizowanego na Bogarta Clooney’a, którego, urzekające jak zawsze, oczy, podświetlone charakterystyczną smugą światła, w ruinach Berlina, odkrywają sekrety cichej walki o wpływy w powojennej Europie! Oczekiwałem czegoś więcej, niż wybornie wykonanego koktajlu stylistyki wczesnych filmów Hitchcocka, wybranych motywów “Casablanki” (której plakat elegancko powielono) i tanich bazarowych kryminałów o nazistach za 2.99. Całość jest udekorowana oczywiście pełną dramatycznych “ochów” i uniesień muzyką z epoki autorstwa Thomasa Newmana.
Wystylizowanie obrazu na lata czterdzieste ma na pewno swoje plusy, jednak już w połowie filmu duża krecha w postaci fabuły: “przystojny, były kochanek żydówki-żony esesmana (do tego twórcy rakiet V2!) odkrywa mroczny spisek amerykańsko-rosyjski, ale i tak ją kocha!”. Wyraźnie przesłania przyjemności płynące z delektowania się oryginalną stylistyką. “Dobry Niemiec” to kolejny świetny dowód na poparcie tezy, że dobra zabawa ekipy i oryginalny pomysł na formę nie obronią się w kinie, jeżeli konstrukcja filmu będzie złożona z zapałek.

