My name is Holmes, Sherlock Holmes

Posłuchaj Ściągnij mp3 Komentarze
Informacje o filmie

Sherlock Holmes

  • Rok: 2009.
  • Czas: 128 min.
  • Grają: Robert Downey Jr., Jude Law, Rachel McAdams i Mark Strong.
  • Reżyseruje: Guy Ritchie.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl
Cortes
Ocena: 4/6
Recenzuje: Cortes. Rozwiń recenzję »

Sherlock Holmes” Guy’a Ritchiego to opowieść o najsłynniejszym detektywie na miarę naszych czasów. Nowoczesny kryminał natargetowany jest na PG-13 i widzowie w tym wieku najbardziej polubią Roberta Downey’a Jr., którego kryminalna przeszłość dopełnia nowe oblicze Holmesa. Inteligentny, bezkompromisowy i zbzikowany. Idealny do oglądania w zimowy sobotni wieczór z kumplami przy piwku.
Film nie jest jednak ekranizacją opowiadań Arthura Conan Doyle’a, lecz pomysłu na komiks, jaki zrodził się w głowach dwóch rysowników. To już drugie tego typu przedsięwzięcie po „300” Franka Millera. Dzieło jest bezapelacyjnie najbardziej kasowym przedsięwzięciem Ritchiego. Osiągając zawrotną sumę 295 milionów dolarów (stan na 18 stycznia br.) skutecznie zamyka usta wszelkim malkontentom narzekającym na zbezczeszczenie jedynie słusznego wizerunku Holmesa. Podobnie zresztą było w przypadku historyków i bitwy pod Termopilami. Ludzie łakną rozrywki, a nie prawdy.
Lifting jaki przechodzi angielska kultura to już chleb powszedni. Klasyka idzie do lamusa, chyba że podda się kulturze masowej. Teraz Bond nie mówi już „Wstrząśnięta, nie mieszana” tylko „Gówno mnie to obchodzi”, bo i szaremu zjadaczowi chleba to zwisa i powiewa. Podobnie było w przypadku opowieści o tworzeniu „Romeo i Julii”. To już nie te czasy kiedy William pochylał się nad swoim dramatem niczym Beethoven w „Wiecznej miłości”. Teraz akt twórczy przebiegać musi w duchu komedii romantycznej, jak w „Zakochanym Szekspirze”. A prawda historyczna jest tylko dla odważnych twórców z utrwaloną reputacją, takich jak Gibson ze swoją „Pasją”.

Jedrzejewska
Ocena: 4/6
Recenzuje: Jedrzejewska. Rozwiń recenzję »

Najnowsza produkcja Guya Ritchiego wzbudza wiele emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Mamy do czynienia z całkiem nową, upragedowaną i przekoloryzowaną wersją słynnego detektywa. Tytułowy bohater (w tej roli niepodważalnie doskonały Robert Downey Jr.) walczy jak prawdziwy bokser i zbudowany jest nawet jak Rocky B., co wyraźnie kłóci się z jego stylem życia (nie je, nie śpi, nie wychodzi z domu a jedynym jego „sportem” jest gra na smyczkowym instrumencie). Wykreowany na super-bohatera, wykazuje (na szczęście) niektóre cechy z pierwowzoru Conana Doyle’a: błyskotliwy, inteligentny, nieco ekscentryczny i uzależniony wręcz od rozwiązywania zagadek. Razem ze swoim, równie i podejrzanie wysportowanym jak na lekarza, przyjacielem Watsonem (Jude Law), mierzą się z Lordem Blackwoodem (Mark Strong), który postanowił powstać z grobu i popróbować okultyzmu.
Historia porywająca i wciągająca, mocno nasycona dobrymi efektami specjalnymi i wspaniałą muzyką. W tle zamglony Londyn, jakiego nie znacie. Ritchie daje to, czego dzisiaj się od kina oczekuje – akcja, akcja i jeszcze raz akcja. „Sherlock…” trzyma w napięciu, dostarcza rozrywki, momentami rozśmiesza w typowo brytyjskim stylu.
Podsumowując – jest to bardzo luźna interpretacja pierwowzoru Conan Doyle’a, ale jak na kino hollywoodzkie – jest to dobry film. Nieprzewidywalny, niestandardowy. Warty obejrzenia na pewno dla scenografii oraz świetnych kreacji aktorów. Otwarte zakończenie, zamiast kiczowatego happy endu. Miłośnicy książki jednak powinni zachować spory dystans do tej produkcji. Ritchie daje nam trochę Bonda, trochę Indiany Jonesa, i tylko trochę Holmesa.

Spis treści odcinka »


Newsy i linki:

  1. Zwiastun “Sherlocka Holmesa” Guy’a Ritchiego.
  2. Wstrzymano produkcję serialu “24 godziny” z Kieferem Sutherlandem.
  3. W przygotowaniach “Sherlock Holmes 2” kontynuacja przygód słynnego detektywa.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.
  2. Peter Gabriel – “Signal To Noise“.

Gabinet doktora Parnassusa

Posłuchaj Ściągnij mp3 Komentarze
Informacje o filmie

Parnassus

(“The Imaginarium of Doctor Parnassus”)

  • Rok: 2009.
  • Czas: 122 min.
  • Grają: Christopher Plummer, Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell i Tom Waits.
  • Reżyseruje: Terry Gilliam.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl
Cortes
Ocena: 4/6
Recenzuje: Cortes. Rozwiń recenzję »

Kiedy na ekrany polskich kin wchodziła „Mgła” Franka Darabonta plakaty krzyczały z billboardów, że widzowie mieć będą do czynienia z nowym „Dniem Niepodległości” albo co najmniej „Wojną światów”. Jaki był zawód wielu, kiedy okazało się, ze dostali po prostu ekranizację kolejnej powieści Stephena Kinga, którego styl w niczym nie przypomina blockbusterów spod dłuta Emmericha i Spielberga. Podobnie rzecz się ma z „Parnassusem”, którego zwiastuny przygotowują nas na magiczny korowód z Lwem i Szalonym Kapelusznikiem w pierwszym szeregu. Nic bardziej mylnego. Nowy film Gilliama to powrót do lat 80., kiedy kwitła jego współpraca z Charlesem McKeowenem przy takich produkcjach jak „Brazil” czy „Przygody barona Munchausena”.
Chociaż trudno nie zauważyć, że „Parnassus” aż kipi od efektów specjalnych, a za reżyserem ustawia się sznurek gwiazd to jednak w zamierzeniu nie miał to być film komercyjny czy blockbuster. Pierwszą ku temu przesłanką jest zatrudnienie niszowego piosenkarza Toma Waitsa do roli diabła, a nie aktora formatu De Niro z „Harry Angela” czy Pacino z „Adwokata diabła”. Drugą to Ledger, którego śmierć nieelegancko wykorzystano w promocji filmu. Aktor został zatrudniony jeszcze przed pamiętnym występem w „Mrocznym rycerzu”, kiedy był na świeżo po debiucie u Gilliama w „Nieustraszonych braciach Grimm”.
A jednak film reklamowany jest jak blockbuster i sam zwiastun kreuje przed nami wizję baśni? Dlaczego? Odpowiedź znajduje się w „Zagubionym w La Manchy” – dokumencie o przysłowiowej pięcie Achillesa Gilliama – „Człowiek, który zabił Don Kichota”. Film, którego realizacja zajmuje już bez mała 10 lat. Po klapie „Krainy traw” i nigdy nieukończonym „… Don Kichocie”, zarówno „Parnassus” jak i „…bracia…” mają podreperować i tak już nadwątlony budżet reżysera i odbudować jego dobre imię w światku filmowym. Renoma w Hollywood i Cannes jest na wagę złota. Nie tak jak w Polsce, gdzie po realizacji dennego filmu można było położyć dwa kolejne, bo może reżyser miał wcześniej złą passę. Na Zachodzie po zrobieniu gówna rzadkiej wody musisz się zacząć zastanowić, jakie to są „Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym”.

Brzezowski
Ocena: 5/6
Recenzuje: Brzezowski. Rozwiń recenzję »

Cafe MakabraNiewielu ludzi potrafi w dzisiejszych czasach opowiadać historie, które, łącząc niemożliwe z codziennością, tworzą coś, co pozwala nam wyrwać się choć na chwilę z otaczającego nas świata i zostawić w tyle troski. Wielu robi to tworząc produkty kolorowe i zachwycające, czasami nawet zawierające jakąś mądrość, ale niewielu potrafi wysnuć prawdziwe fantazje, które możemy przeżyć tylko w naszych snach.
Terry Gilliam jest właśnie taką osobą, która w swoich surrealistycznych, często groteskowych i przeważnie nieskomplikowanych historiach przenosi nas w świat wyobraźni. Nie zawsze siląc się na aplauz publiczności robi rzeczy szczere, które niekoniecznie muszą okazywać się hitami kasowymi. Początki twórczości Gilliama związane są oczywiście z absurdalnym dowcipem Monty Pythona, który nie ma w sobie praktycznie nic mrocznego, ale po latach Gilliam zaczął tworzyć rzeczy, które radością w pełni nie kipiały. “Brazil“, “12 małp” czy w końcu ostatni tytuł, “Kraina traw“, pokazują Gilliama jako osobę, która opowiada mroczniejsze historie.
Parnassus” wydaje się być próbą Gilliama do stworzenia klimatu klasycznej baśni o walce dobra ze złem w iście gaimanowskim stylu – Londyn, diabeł i trupa teatralna dobijająca z nim targu. Próba ta jest zrealizowana w o wiele głębszym tonie niż komediowi “…Bracia Grimm“, przez co film wydaje się mieć więcej treści, ale koniec końców jest to prosta i lekka historia, opowiedziana nadzwyczaj barwnym i zadziwiającym materiałem.
Filmy Gilliama nie są dla wszystkich Z pewnością miłośnicy poprzednich jego realizacji nie poczują się zawiedzeni i być może poczują podobny zachwyt jak przy oglądaniu “Brazil“. Z kolei ci, którzy Gilliama nie są pewni, mogą nie do końca być przygotowani na ten niejednoznaczny obraz, który z pozoru operuje banalnymi treściami, ale ma w sobie sporo poezji bez próby infantylizacji przed konsumentami nieskomplikowanego amerykańskiego kina.

Bochniarz
Ocena: 3/6
Recenzuje: Bochniarz. Rozwiń recenzję »

nullParnassus” to film, po którym można – jak to często bywa u Terry’ego Gilliama – dostać zupełnego zawrotu głowy i wylądować na podłodze, bełkocząc: “Munchausen, Muchanusen“… Jednak od przygód wiecznie odmładzającego się barona minęło już ponad dwadzieścia lat i – niestety – technika filmowa poszła daleko naprzód. Niestety, bo budżet efektów komputerowych w osobistym kinie autora Brazil, które tak nie pasuje do linii Hollywood i ogólnego nadęcia superprodukcji, odciska się na projekcie niedofinansowaniem i niedopracowaniem. Pewnie do pewnego stopnia celowym – film opowiada o teatrze i ma pozwalać, by wyobraźnia widza miała jeszcze coś do zapełnienia. Na początku można uznać, że autor pcha nas w szpony swych niewykorzystanych pomysłów, które – po wszystkich porażkach i zawieszonych realizacjach – muszą już powodować nietęgą migrenę. Na szczęście, to tylko pozory. Reżyser dobiega siedemdziesiątki i po płytkich “Nieustraszonych braciach Grimm“, zebrał się na głębszą refleksję. “Parnassus” to dla niego trzecia podróż wraz z Charlesem McKeownem, w której cofają się do początków kina – czasów, gdy Georges Méliès bez skrępowania proponował swojej widowni szalone feerie. Filmowym obłędem, niezważaniem na pozory realizmu (cóż bardziej nieprzystającego do Gilliama, niż – jak zawsze – kalekie imitowanie rzeczywistości?), reżyser wygrywa ze swymi ostatnimi filmami, w których nie miał okazji, by go naprawdę poniosło w siną dal srebrnego ekranu. Z drugiej strony, ilość atrakcji nie przeszła dla mnie w jakość. W czasie seansu może ogarnąć śmiertelne znużenie. By dobrze “Parnassusa” odebrać, potrzeba zapewne spojrzenia dziecka i otwartości, których sporej części widowni, w tym mnie, już dawno brakuje. Czy opowieść o błędnym rycerzu walczącym z wiatrakami (której premiera powoli nadchodzi) będzie starciem z widzem, po którym Gilliam – nasz współczesny Méliès – odkryje, jak bardzo jest samotny w swych poszukiwania i wyrzuci swe zabawki z płaczem do kanału?

Spis treści odcinka »


Newsy i linki:

  1. Zwiastun “Parnassusa” Terry’ego Gilliama.
  2. Rozwinięcie roli Diabła na nowym krążku Waitsa “Glitter And Doom Live“.
  3. Gilliam powraca do porzuconego projektu “Człowiek, który zabił Don Kichota“.
  4. Tom Waits dla odmiany w roli Boga na “Tamtym świecie samobójców” Gorana Dukica.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.

Przypadek Harolda Clemensa

Informacje o filmie

Harold

  • Rok: 2008.
  • Czas: 105 min.
  • Grają: Spencer Breslin, Cuba Gooding Jr., Ally Sheedy.
  • Reżyseruje: T. Sean Shannon.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl
Cortes
Ocena: 3/6
Recenzuje: Cortes. Rozwiń recenzję »

Rysunki Starożytnego Egiptu przedstawiają tysiące ludzików, gdzie jeden wygląda identycznie jak drugi. Różnica między nimi objawia się w detalach, jak strój czy nakrycie głowy. Jeden z faraonów bardzo chciał wyrwać ówczesną sztukę ze szponów schematyczności. Starał się wywrzeć na rysownikach bardziej naturalistyczne podejście. W końcu mu się to udało i jego portret przedstawiał człowieka niedoskonałego i ułomnego. Ale rysownicy nie potrafili tworzyć bez schematu i następne postacie przyjęły formę zapoczątkowaną przez faraona. Tym samym sztuka wpadła z jednego schematu w drugi.
Podobnie rzecz się ma we współczesnym kinie gatunków, szczególnie w filmach o szkole. Wystarczy porównać choćby dwa z nich, żeby wyłapać cały zestaw stereotypów i schematów. „Harold” jest opowieścią o trzynastoletnim chłopcu, który przedwcześnie łysieje. Oczywiście jest z tego powodu szykanowany zarówno przez starszych jak i młodszych. Ale otoczenie w jakim się obraca ma wszystkie cechy, tak charakterystyczne dla tego gatunku. Brutal nękający bohatera, pusta dziewczyna-marzeń, obowiązkowy zestaw frajerów i nabuzowane chłopaczki próbujące zaliczyć.
Na tym tle bardzo wyróżnia się postać „Harolda”. Jego przygody to pasmo mniej lub bardziej zabawnych nieszczęść. Oczywiście bohater-nieudacznik nie jest niczym nowym, ale zyskał on dodatkowy rys psychologiczny. Po sukcesie filmu „Napoleon Wybuchowiec” w zbiorowej świadomości zaczął funkcjonować stereotyp nieszczęśliwego nastolatka, który sam siebie z góry spisuje na straty. To bardzo ważny aspekt, ponieważ we wcześniejszych filmach typu „Zemsta frajerów” to otoczenie wywiera destrukcyjny wpływ na bohatera.
W jednej ze scen „Harolda” padają kluczowe słowa: „Jeśli zdecydujesz się przyjść jutro i wystrzelać całą szkołę. Pamiętaj o jednym. Ja byłem dla ciebie miły”. Po tragedii w Columbine, o której opowiada film „Zabawy z bronią” Michaela Moora, Amerykanie zdali sobie sprawę, że zwykły, szary nastolatek może wejść do klasy i opróżnić cały magazynek. Próby odpowiedzenia sobie na pytanie, dlaczego tak się dzieje nie zostały jeszcze zakończone sukcesem. Ale w kinie zaczął już funkcjonować nowy typ bohatera, którego losy mogłyby potoczyć się inaczej, gdyby nie była to komedia z happy endem.
W „Napoleonie…” po raz pierwszy pojawiła się taka postać, a reszta scenarzystów tępo skopiowała ją do katalogu Fabryki Marzeń. „Harold” jest więc przerysowaną kalką. Nawet wyścig go-kartów, o którym wciąż mówią bohaterowie, spełnia te same funkcje co konkurs talentów w „Napoleonie…”. Minęły tysiące lat, a my wciąż tkwimy w objęciach schematu i nie jesteśmy w stanie się od niego uwolnić, inaczej jak wpadając w nowy.

Maziakowska
Ocena: 2/6
Recenzuje: Maziakowska. Rozwiń recenzję »

nullHistoria Harolda jest niczym brodzenie stopami po bardzo płytkiej wodzie – wyczuwamy wszystkie nierówności podłoża, zauważamy braki a momentami na siłę doszukujemy się sensu tego, co oglądamy. Ktoś, kto cierpi od piątego roku życia z powodu inności swojego wyglądu, walczy z nowym otoczeniem niepotrafiącym zaakceptować go takiego jakim jest – nie powinien chyba szukać ratunku w fałszywych gestach innych osób. Mamy tu do czynienia z kimś, kto na wiele się godzi. Ciężko jest usiedzieć na miejscu, kiedy film niewiele wnosi, jedyne co można uczynić to wytrwać a potem zapomnieć. Pyk i po wszystkim.

Something, Something, Something Dark Side

something Kobieta fatalna i mężczyzna fatalny. Oboje równie silni, choć celowo – różnego wzrostu. Styl gry aktorskiej nurtu filmu noir śmiem określić stylem amerykańskim z prawdziwego zdarzenia. Macdonaldyzacja rodziła się już w kinie i ciągnie się przez „Przeminęło z Wiatrem”, „Casablankę”, nawet „Karmazynowego Pirata”, gdzie specyficzne operowanie stereotypami wydawałoby się bezpiecznie dystansować od groteski. Gra jest standardowa praktycznie u wszystkich aktorów – grają na jedną mantrę, która odpowiada założeniom Diderota (choć np. Hattie McDaniel wydaje się temu przeczyć). Klasyczny, oklepany wręcz przykład pocałunku z „Casablanki” można śmiało zaliczyć do jednej z wielu ikon pop kultury, niejednokrotnie kopiowanej w dziesiątkach filmów i niejednokrotnie z tego powodu parodiowanej. Również gestykulacje i mimika np. w westernach, czy dramatach detektywistycznych mogą pozostawić dziwny niesmak, jeśli analizować ich realizm (ekspresyjne strzelanie z pistoletów, czy kręcenie kierownicą jadącego po równi samochodu). W przypadku tak przygniatającego absolutyzmu grania, czy wręcz odgrywania, komik wydaje się być błaznem, Stańczykiem. Dla przykładu – Jack Lemmon. Continue reading ‘Something, Something, Something Dark Side’

Smerfy na księżycu

Posłuchaj Ściągnij mp3 Komentarze
Informacje o filmie

Avatar

  • Rok: 2009.
  • Czas: 162 min.
  • Grają: Sam Worthington, Sigourney Weaver, Stephen Lang, Michelle Rodriguez i Giovanni Ribisi.
  • Reżyseruje: James Cameron.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl
Cortes
Ocena: 6/6
Recenzuje: Cortes. Rozwiń recenzję »

W dzisiejszych czasach rośnie zapotrzebowanie na tzw. filozofię plażową, określaną czasem pejoratywnie „filozofią dla ubogich”. Termin został wymyślony przy okazji omawiania „Z archiwum X” i oznaczał intelektualną papkę jaką byliśmy karmieni przez twórców tego show. Była to mieszanka wszelkiej maści prądów myślowych, kulturowych, filozoficznych a nawet religijnych. Najbardziej jest to widoczne w filmach, przesiąkniętych licznymi nawiązaniami do wierzeń wielu kultur, jak w przypadku „Matrixa” Wachowskich czy „Źródła” Aranofsky’ego. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu Camerona „Avatar”.
Tak liczny wysyp produktów prezentujących szeroki wachlarz odniesień, zarówno do Wschodu, jak i Zachodu, jest naturalną konsekwencją globalizacji i łatwiejszego dostępu do co bardziej orientalnych myśli filozoficznych. Człowiekowi przestaje wystarczać prosta historia. Chce odkryć sens kryjący się za ciągiem wydarzeń i ów sens odnajduje w spuściźnie wielu kultur. By nie szukać daleko, wystarczy sięgnąć po święcącego triumfy „Sherlocka Holmesa” czy, cieszącego się sporą popularnością, serialu „Fringe. Na granicy światów”. W obu przypadkach można zetknąć się ze swobodną adaptacją wierzeń starożytnych Egipcjan, które od lat fascynuje świat.
Nagrodzony Złotym Globem „Avatar” jest na wskroś przesiąknięty takimi odniesieniami. Do tego stopnia, że nasuwa się myśl, czy pod tą skorupą odnajdziemy coś więcej. Wszystkich oczekujących drugiego „Terminatora” czeka wielki zawód, podobnie jak fanów talentu M. Night Shyamalana czekała spora niespodzianka po „Kobiecie w błękitnej wodzie”. Pięknie zobrazowana baśń pozostaje jednak tylko baśnią i na taką stylistykę winni się przygotować wszyscy widzowie.

Brzezowski
Ocena: 4/6
Recenzuje: Brzezowski. Rozwiń recenzję »

Cafe MakabraJames Cameron powraca po dwunastu latach z kolejnym kasowym hitem, jednym z najbardziej oczekiwanych filmów zeszłego roku. Zabawne, jak osoba, której nazwisko jest jednym z najbardziej znanych w świecie filmu, zrealizowała tak niewiele tytułów. Większość okazała się być blockbusterami i ikonami gatunku swoich czasów, łamiącymi bariery realizacji i zysków.
Nie inaczej jest z najnowszym obrazem „Avatar”. Historia kalekiego marines przybywającego na obcą planetę, na której toczy się starcie pomiędzy najeźdźcami – zawsze pazernymi ludźmi i żyjącymi dotąd w błogim spokoju autochtonami – ludem Na’vi. Fabularnie filmowi bliżej jest do kolorowych produkcji Disneya niż do poprzednich, mrocznych konwencji S-F Camerona. Standardowa historia o podboju “dzikusów” połączona z oczywistym wątkiem miłosnym nie jest niczym nowym i oglądając “Avatara” można mieć przebłyski z przeróżnych filmów, od „Rapa Nui”, przez „Ostatniego samuraja”, a na „Tańczącym z wilkami” kończąc.
Avatar” operuje prostą, momentami ułomną, treścią w bogatej formie. Kolorowy bezmiar obcej planety oczaruje z pewnością większość z nas. Ci jednak, którzy oczekują filmu skłaniającego do głębszych przemyśleń mogą czuć pewien zawód. Oglądając „Avatara” zróbcie sobie przysługę – dajcie sie ponieść i nie starajcie zbytnio analizować tego, co widzicie na ekranie, wtedy naprawdę nie pożałujecie pieniędzy.

Spis treści odcinka »


Newsy i linki:

  1. Scenarzysta “Rodziny Soprano” i Martin Scorsese wypuszczają “Boardwalk Empire” o Ameryce czasów prohibicji.
  2. Sam Raimi w kolejce do reżyserii “Nemesis” Marka Millara, autora “Wanted. Ścigani” oraz “Kick-Ass“.
  3. Patryk Vega rozmawia z Clivem Owenem na temat roli tytułowej w kultowym “Thorgalu“.
  4. Alexandre Aja kręci “Piranie 3D” kontynuację przebojów Joe Dante i Jamesa Camerona.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.




taking viagra woman Viagra Buy cheap gerneric viagra